Wszystko zaczęło się w czasach PRL-u, gdy do naszego domu trafiały rzadkie, zachodnie opakowania przywiezione przez rodziców. Pamiętam Coca-Colę, Milkę, Toblerone, Nescafé czy paczki Marlboro, które wyglądały jak przedmioty z innego świata. Dla kilkuletniego dziecka były czymś więcej niż produktami — były obietnicą jakości, wolności i estetyki. Najbardziej fascynowały mnie logotypy: proste, pewne siebie, zaprojektowane z myślą o tym, by zapadać w pamięć. Patrzyłem na nie godzinami, próbując zrozumieć, dlaczego wyglądają „lepiej” niż wszystko, co znałem na co dzień. Nie wiedziałem wtedy, czym jest branding ani projektowanie graficzne, ale intuicyjnie czułem ich siłę. Te opakowania opowiadały historie bez słów i działały na wyobraźnię skuteczniej niż reklamy. Były dowodem, że design ma znaczenie i potrafi budować emocje.
I właśnie w tym świecie „zachodnich znaków” najmocniej uderzyło mnie LEGO — a konkretnie zestaw stacji benzynowej Shell. Żółto-czerwone logo Shell działało na mnie niemal hipnotycznie: proste, pewne siebie, natychmiast rozpoznawalne. W tle mogły stać inne opakowania i etykiety, budując klimat tamtych lat, ale to ten znak był dla mnie pierwszym prawdziwym olśnieniem: że kolor, forma i symbol potrafią działać mocniej niż sam produkt. Z czasem zacząłem rysować własne znaki i opakowania, próbując naśladować tamten świat. Tak narodziła się moja droga — od dziecięcej fascynacji zachodnimi opakowaniami do świadomego projektowania marek i systemów packagingowych.